piątek, 27 lipca 2012
Wakawaka.
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak to się stało, że po roku w
najlepszej szkole, gdzie nigdy nie ściągałam, moja wiedza poszerzyła się
tylko w zakresie biologii. Fizyka, matematyka, łacina = totalne zero.
Wszystkie informacje z tych przedmiotów to całkiem niezłe pozostałości z
gimnazjum. Zawsze tak miałam, odkąd pamiętam - nigdy nie wkuwam na
pamięć, staram się zrozumieć, a jak nie rozumiem, to olewam. Bo nie będę
z siebie robić ofiary i na pałę zapamiętywać czegoś, co o wiele lepiej
pojąć, jeśli nie - łaski bez. Jestem świadoma swojej inteligencji i
wiedzy UŻYTECZNEJ. Cały problem w tym, że szkoła w 90% to wiedza
nieprzydatna. Dzieciaki kończą podstawówki i nie potrafią rozróżnić żyta
od pszenicy, klonu od dębu, myślą, że pestycydy to jakieś cukierki, a
żaba jest tym samym co jaszczurka. Zamiast tego mają na historii coś
takiego jak sejm walny i unia lubelska. Ilu dorosłych pomówi na ten
temat? Mało, a to dlatego, że system szkolnictwa to jeden wielki śmiech.
Trzeba posiadać gruntowne, solidne podstawy, aby brnąć dalej w
zagadnienia, a jaki grunt ma 12latek, który z trudem odróżnia Piastów od
Jagiellonów? Mój brat kończy podstawówkę i dzieci z jego klasy, po
całym semestrze, wciąż nie widzą różnic między prawosławiem a
protestantyzmem, co nie zmieniło się od czasu, kiedy ja byłam w jego
wieku. Materiał się teraz goni a nie realizuje. Nie potrafię powiedzieć, czy kiedykolwiek przerobiłam jakikolwiek podręcznik do końca roku szkolnego.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz