czwartek, 2 sierpnia 2012

Węże w samolocie.

Dramat jest. To miast nie żyje - dwie wielkie imprezy w lipcu (na około 11 tysięcy osób), a potem permanentny żal do końca wakacji.  Jest u mnie siostra, zgubiłyśmy jebany aparat za 2 tysiaki pełen naszych żałosnych fotografii, co popsuło nam z deka humor. Nie wiem, co się dzieje, ale mam wrażenie, pewne słuszne, że moi znajomi nie są tymi, o których zawsze marzyłam. Gdy ja jadę do niej czuję się jak u siebie, zawsze ktoś nas wyciąga na piwo, czy imprezę, czy nawet siedzenie w pierwszej-lepszej kawiarni (cola, ciastka i te sprawy). Tutaj natomiast przyjście z nowym równoznaczne jest z zachorowaniem na trąd. Wstydzę się takich sytuacji, bo gdy chcemy wyjść z kimś na miasto najzupełniej w świecie (?) nie ma z kim... a 500 znajomych na Facebooku. U niej w domu czuję się jak w domu, a w swoim własnym nie potrafię, to uwłacza i dobija. Jutro piątek, a nie znalazłam ŻADNEGO melanżu w okolicy, jestem ofiarą losu. Piszę do znajomych i pytam się o imprezy, a oni zamiast podać mi klub/domówkę rozwodzą się nad tym, z kim sami wychodzą. Świat mi wiruje, niesamowite, że od dwóch dni nikt się do mnie nie odezwał. Ja chyba tych ludzi bezczelnie pousuwam z listy znajomych. Ostatnio jakaś klientka wywaliła mnie ze swoich kontaktów, a tydzień później z uśmiechem powitała na ulicy - schowaj sobie w dupe te "cześć agnieszka", jawnogrzesznico. Gimnazjaliści unikają mojego wzroku na ulicy - było nie zapraszać na fejsie, żeby mieć więcej znajomych. O tym tłumie nijakich już nie wspomnę, o tych modelinach, laskach, na widok których mam ochotę uciec - też nie.
Chcę stąd wyjechać, tak dawno nikt nie był dla mnie miły. 

1 komentarz:

  1. Dwa dni to jeszcze nie tragedia :) Znajomi na fejsie bardzo często są znajomymi trochę wirtualnymi. W dużej części nie są bliskimi znajomymi, a jedynie osobami, które kiedyś poznalismy.

    OdpowiedzUsuń